121

64-te urodziny matka spędza nad kartką papieru starając się napisać to co mogłaby powiedzieć jutro w sądzie. To, że się boi, że boi się wyroku, więzienia. Że stara się uczęszczać na terapie, że chce na nią chodzić. Że rozumie, że ten rok kiedy miała czas stanąć na nogi poszedł wniwecz. Ale chce to zmienić. Jej umysł jest w takim stanie, że nie potrafi tych wszystkich myśli zebrać w jedno i napisać samodzielnie na kartce. Tak naprawdę to ja jej dyktowałem co miała pisać. Alkohol tak bardzo ją spustoszył, że myliła litery. A teraz się boi. Przeraża ją perspektywa dwóch tygodni więzienia. Przeraża ją także perspektywa półtora roku więzienia – bo właśnie zapadł wyrok w drugiej sprawie karnej. Wyrok: półtora roku w zawieszeniu na pięć lat. Jednym słowem ma przed sobą pięć lat leczenia, bo jeśli nie to ciupa.
To zastanawiające jak alkohol niszczy człowieka. Jeszcze do niedawna była agresorem, tyranem, bandytą. Teraz jest załamaną, pokrzywioną od artretyzmu, starą kobietą, która nie potrafi sama z siebie powiedzieć jednego logicznego zdania. Kiedyś alkohol dawał jej moc – całonocne awantury, szarpaniny z nami i policją, krzyki, rzucanie butelkami. Teraz ten cały alkohol który wypiła odebrał jej nawet chęć do życia. Moja matka wygląda teraz jak ofiara gwałtu, przemocy w rodzinie, napaści.
Z jednej strony terapie na które uczęszczałem mówiły wyraźnie – sami jesteśmy odpowiedzialni za samych siebie. To my podejmujemy decyzję, to my czynimy. Moja matka wybrała sama. I jeszcze do niedawna byłem na nią zły, nie chciałem z nią kontaktu, bo właśnie takich a nie innych wyborów dokonała. Dzisiaj jest mi jej trochę żal. Żal że przegrała i że nie ma odwagi i siły.
A może to wszystko ma jakiś sens i ktoś tym wszystkim jakoś steruje? Może nie bez przyczyny to co się dzieje, dzieje się właśnie przed Wielkanocą – oczyszczeniem, zmartwychwstaniem? Może gdzieś, ktoś wskazuje nam jakąś logikę i rozwiązanie, wystarczyłoby tylko chcieć Go posłuchać?
Zimno mi.

120

Wczoraj został ogłoszony wyrok w sprawie karnej matki. Nie pojechałem na ogłoszenie, bo się rozchorowałem. Matka też nie pojechała. Mimo, że przed sądem powiedziała, że woli terapię zamiast więzienia i że zgadza się na takie rozwiązanie, przymusowe leczenie ambulatoryjne, to jeśli tak postanowił sąd to ona i tak się do tego nie dostosuje. Więc w dłuższej perspektywie czeka ją wiezienie. Drugi raz.

118

W końcu mnie rozłożyło. Siedzę chory na dwudniowym zwolnieniu chorobowym mając poczucie, że w firmie dużo się dzieje, a mnie tam nie ma. No ale cóż, organizm dał za wygraną i trzeba mu pomóc. Ale i tak, takie chorowanie to dupa a nie chorowanie. Zamiast pod kocem i przed telewizorem to siedzę przed kompem, odpowiadam na maile, wysyłam nagrania, ustalam, przesyłam. W sumie robię wszystko tylko nie choruję. Jednak najbardziej męczy mnie umysłowo mój ojciec, który przez posiadaną afazję wymaga wiele uwagi. Często podnosi głos, bowiem wydaje mu się że tak będzie lepiej zrozumiany, powtarza słowa które zna starając się je intonować tak, ażebym mógł wyczuć różnicę słowa np. „paszlo” kiedy go coś boli a kiedy ma na myśli zrobienie zakupów. „Paszlo tam! Am, am! O! Dobre!”. To męczy, to naprawdę męczy. Staram się wtedy jak najmocniej zacisnąć palce u stóp i na spokojnie wysłuchać tego co ma do powiedzenia. Pomóc mu, nakierować na właściwe myślenie. Ale każda, nawet najmniejsza pierdółka staje się problemem bo nie potrafię go zrozumieć w pełni. Wszystkie sprawy urzędowe w związku z jego emeryturą, pitami spadły na mnie. Urzędy, szpitale. W sumie to trochę przypomina to opiekę nad małym dzieckiem.

Matka. Hm. Siedzę dziś cały dzień w domu i powiem szczerze nie widziałem zbyt jej. Cały czas pogrążona w depresji alkoholowej, bez siły i chęci żeby nawet wyjść z domu siedzi w nim i dziś nawet nie oglądała telewizji. Jej pomóc może tylko psychiatra.

117

Sporo się ostatnio zadziało. W środę mam ostatnią grupę. W sumie dwa lata spędziłem na leczeniu i poznawaniu się. Moi koledzy, koleżanki i terapeuta twierdzą, że bardzo się przez ten czas zmieniłem. Uspokoiłem się, pozbierałem, choć sam uważam, że jeszcze sporo pracy przede mną. Czuję pewną obawę przed końcem terapii. Co będzie potem? Jak sobie poradzę? Komu opowiem i kto mi wytłumaczy czemu i jakie emocje we mnie siedzą?

Matka jest w depresji alkoholowej i chyba dobrze jej z tym – o ile może być dobrze. W ogóle nie wychodzi z domu, nie interesuje się tym co się wokół dzieje. Egzystuje na kanapie. Z jednej strony to dobrze – nie wychodzi kupować alkoholu. Z drugiej strony nieleczona depresja kończy się tragicznie. Kurator i ja postanowiliśmy wezwać do niej psychiatrę. Ten powinien ją zbadać i zadecydować co dalej. Być może potrzebne są leki, a być może leczenie szpitalne.

Tak czy inaczej ostatnio mnie zaskoczyła. Kiedy nadszedł 10 grudnia bez żadnych problemów, krzyków i płaczu przekazała mi pieniądze na rachunki. Siadłem z nią, przeliczyłem gotówkę – zostało jej 400 zł. Na jej wydatki. Spytałem się jej czy coś potrzebuje, bo mogę jej kupić przy okazji bycia na poczcie. Powiedziała że szampon i coś do czytania. Powiedziałem jej wychodząc, że zachowała się super i bardzo odpowiedzialnie. Będąc w sklepie kupiłem jej doniczkowego hiacynta – prezent, który ma jej przypominać o tym jak fajnie się zachowała. Kiedy go jej dałem uścisnęła mnie. Chyba po raz pierwszy od wielu lat. Może to też i moja zmiana, jakiś przypadek empatii w stosunku do osoby do której cały czas czuję żal. Ale Jacek powiedział niedawno mądre zdanie, o przebaczaniu – że przebaczenie komuś to nie jest ruch w kierunku tej osoby, której przebaczamy tylko w swoim. Ja chyba na przebaczenie jeszcze nie jestem gotowy, ale przynajmniej zrobiłem jakiś pierwszy krok. I nawet gdyby jej depresja zakończyła się śmiercią samobójczą to będę miał to poczucie, że wyciągnąłem do niej rękę.

Ojciec się rehabilituje. Choć ostatnio miał przerwę. A to za sprawą awarii komputera, a raczej jego wyzionięcia ducha. Mój stary wysłużony laptop odmówił współpracy, więc na prędko, na szybko skombinowałem innego, żeby mógł ćwiczyć. Znów niespodziewany wydatek – jak to bywa prawo ZKC – czyli zawsze kurwa coś. No cóż, ale i ja przy tym skorzystałem, mam w miarę nowy sprzęt, chociaż coś tam z partycją jest nie tak, jest za mała, a że ja jestem informatyczną nogą to nie wiem co dalej mam z tym fantem zrobić…

116

Po pierwsze: nagródź się. Tak mi powiedział Jacek na ostatnim spotkaniu. Nagródź się, kup sobie coś fajnego, coś co będziesz mógł nosić przy sobie i będzie mogło być z tobą. Fakt, mam z tym problem od bardzo dawna. Raczej na sobie oszczędzam, kupuję tylko to co jest mi niezbędne – koszulę, krawat, spodnie. A i te rzeczy staram się wybierać najtańsze. Podobno to taki schemat, w którym tkwią DDA. A kupiłbym sobie kupił… Ostatnio znalazłem fajny samochód – kombi. No ale po co mi dwa? Jeden na co dzień a drugi od święta? No trochę bez sensu. Może jakiś szpanerski telefon z ogromnym wyświetlaczem, który nie mieści się w kieszeni spodni? No niby znalazłem odpowiedni, ale jeszcze nie nadszedł czas na niego. Poza tym racjonalny głos w mojej głowie mówi – po co? Przecież on ma służyć tylko do dzwonienia. Najzwyklejsza klawiaturowa Nokia za 79 złotych z Saturna spełnia te wymogi. To może laptok? Masz już jednego, tego gratka odziedziczonego po ojcu – do pisania i Internetów wystarczy. Aparat? Stary, dobry Nikon jest nadal niezawodny i ostatnio służy mi najczęściej do fotografowania infrastruktury kolejowej. Zegarek zawsze wskazuje dobrą godzinę i tak wrósł w mój nadgarstek, że nie potrafiłbym nosić innego. I tak.

W środę ojciec wrócił z rehabilitacji. Dwa tygodnie spędził w ośrodku, gdzie na nowo uczono go mówić. Teraz jego mowa podobna jest do trzylatka. To w sumie i tak postęp. Trzy udary mózgu w ciągu trzech miesięcy odbiły się na nim bardzo. Nie wolno mu się denerwować, bowiem stres był tym czynnikiem wywołującym udar. Niestety, akurat tego on i ja mamy pod dostatkiem. Matka nie odpuszcza – postawiłem jej dwie żelazne zasady: nie pić i szanować domowników. Jeśli któraś z nich będzie złamana – won z domu. I tak też się stało w czwartek. Po prostu wystawiłem ją za drzwi. Oczywiście po awanturze, którą prowadziła z ojcem – więc powód był. Po godzinie wróciła zziębnięta, kazałem jej 10 razy przepisać zasady i rozwiesić w domu, tak żeby zawsze je widziała i je zapamiętała. Oczywiście to bzdura. Pijak nie ma żadnych zasad i tak zrobi jak mu wygodnie. Ale ja jestem konsekwentny. Do bólu konsekwentny.

Pocieszające jest to, że kiedy w piątek jechałem do Radomia służbowo w końcu zadzwoniła do mnie babka z sądu, żeby wypytać się w jakim stanie jest matka i czy może być przebadana przez psychiatrę biegłego. Stwierdziłem, że jeśli może biegać do sklepu po wódkę to może się i przelecieć do lekarza. Pociesza mnie fakt, że moje apele do sądu w końcu coś dały, bowiem sprawa przeszło od pół roku jest zawieszona. Jej pobyt w więzieniu dobrze wszystkim zrobi. Przy okazji bycia w Radomiu odwiedziłem na godzinę rodzinę. Lubię bywać w tym domu – zawsze tam panuje spokój, który na mnie działa. Może to te ściany, wśród których się wychowałem po części? Przy stole zawsze jest temat psa mojego wujka – Nory. Piękny owczarek niemiecki do którego uwielbiałem przyjeżdżać jako mały chłopiec. Wspominamy wtedy historie z Norą, a to jak dziadek uderzył ją smyczą bo się nie słuchała i ja się na niego obraziłem, a to jak mnie pilnowała jak jeździłem rowerem w parku i w końcu to jak odchodziła i jak Michał za wszelką cenę starał się ją ratować. Miałem wtedy 13 lat, strasznie się popłakałem. Następny raz płakałem jak zmarła babcia Lodzia. Pękłem w jej mieszkaniu, płakałem sam w łazience pochylony nad umywalką.

Nad ranem łapie mnie czasami taki dziwny stan – zwątpienia. Budzę się nagle z przeświadczeniem przemijania i nieuchronności śmierci. Nie czuję wtedy Boga, ogarnia mnie strach, że po śmierci niczego nie ma, że nasze życie na ziemi to zarówno początek i koniec. Jest to bardzo przykre uczucie, staram się wtedy sam sobie wytłumaczyć, że to próba, jedna z wielu. Wątpienie jest naturalne, wpisane w nas.

Dziś jest piękna jesienna pogoda – z nieba siąpi, dres na dupsku daje ciepło, krople deszczu szumią i stukają o dach.

 

 

115

Czasami już nie mam siły. Tak jak dzisiaj. Wszystko ze mnie uszło. Za dużo, za dużo tego wszystkiego, a każdy materiał ma swoją granicę. Ja dziś dobrnąłem do swojej. Zaraz po prostu się ubiorę, założę buty i wyjdę na spacer. Przejdę się po Tarchominie, będę patrzył na bloki i okna z zapalonymi światłami i będę sobie wyobrażał, jak u tych ludzi wygląda życie. Trochę spokojniejsze, choć też z problemami, ale na chwilę te swoje zostawię obok.

Ten cały tydzień dał mi się we znaki. Udar ojca, pęknięty ząb, problemy z samochodem. Wszystko na raz. I zawsze brak czasu na załatwienie chociaż jednego.

Ojciec mnie dziś dobił. Wiem, że się martwi o swój stan zdrowia. Siedział dziś na łóżku szpitalnym, starał się coś mówić, ale nie zrozumiale. Opadł z sił. Chyba dopadła go jakaś depresja z tego wszystkiego, z bezsilności.

Ja wybuchłem jak wróciłem do domu. Pierdolnik, burdel i rozgrabiasz, wszędzie szmatki, szmateczki i kawałeczki materiałów. Matka z każdego pokoju robi sobie garderobę. Tu poduszki, tam ciuchy, wszystko bez ładu i bez składu. Tak jak ona, ona też nie ma ładu ani składu. Co najciekawsze, w kilku ostatnich kłótniach zadałem jej dwa pytania, jedno dosyć proste, jak syn zapytałem matki czy mnie kocha. Nie chciała odpowiedzieć. Za drugim razem zadałem inne pytanie, czemu ona pije skoro wódka zniszczyła jej życie, rodzinę, pracę i odebrała wszystko co tylko mogła? Też nie chciała odpowiedzieć. I tak to właśnie jest. Życie bez odpowiedzi.

114

Będzie treściwie. Chlusnąłem jej w twarz Balsamem pomorskim, który niedopity, znalazłem schowany pod poduszką. Potem była poczta. Biegiem wpłacone jej pieniądze za mieszkanie tonące w długu. Kiedy wróciłem przyjechała policja. Że ją pobiłem, znęcam się, awanturuję. Odjechali nakazując jej być spokojną. To samo co zawsze. Przynajmniej ojciec nie był tego świadkiem. Od dwóch dni jest znowu w szpitalu. Miał trzeci udar mózgu w ciągu trzech miesięcy.

113

„Wybacz jej” powiedzieli do mnie Jacek i Ewa, moi terapeuci. „Zrób to sam dla siebie i w sobie”. Przyznam się szczerze, że nie wiem jak mam to zrobić, pomijając fakt, że kompletnie nie jestem do tego gotowy. Jest we mnie zbyt wiele bólu i goryczy. Ale po kolei.

Dziś byłem na pierwszych zajęciach terapeutycznych po przerwie wakacyjnej. Moja 20-minutowa praca była dla mnie ciężka, ale w końcu miałem okazję się wygadać i to co powiedziałem skonfrontować ze specjalistami. To co zapadło mi w pamięć to słowa Ewy, która stwierdziła, że jednak mimo wszystko, że matka to matka i zawsze będzie mnie z nią coś łączyło. Stwierdziłem, że to co mnie z nią łączy to tylko 23 chromosomy, fizyczność i biologia, bowiem nie przejawia ona w stosunku do mnie żadnych, nawet najmniejszych uczuć jakimi obdarza matka syna. Mam swoje odczucia co do tego wszystkiego czym ona mnie obarczyła przez te lata i nie czuję potrzeby ani chęci, żeby jej wybaczać. Nawet samemu w sobie. Nawet nie wiem jak miałbym to zrobić. Pewnie w trakcie zajęć się tego dowiem, choć sam nie jestem pewien czy w najbliższym czasie zmieni się jak kol wiek moje nastawienie do niej. Jednak chyba każdy człowiek oczekiwałby w mojej sytuacji jakiejś rekompensaty, pokajania się, poprawy, czy przeprosin. Sam nie wiem co o tym myśleć teraz. Może refleksja sama przyjdzie za jakiś czas.

Tak czy siak, ostatnio byłem także u jej kuratorki sądowej. Powiedziałem jej jak się sprawy mają. Matka ma otrzymać niebawem upomnienie sądowe, bowiem zgodnie z orzeczeniem sądu penitencjarnego nie może pić a musi się leczyć. Z jej strony z kolei jest picie a nie ma leczenia. Istnieją zatem poważne przesłanki ku temu, żeby wróciła na dwa tygodnie do więzienia aby odbyć resztę kary. Rachunek jest dosyć prosty. Lepsze dwa tygodnie bez niej, niż dwa tygodnie z nią.

Kurczę, najbardziej mnie zastanawia jeszcze jedna rzecz: jak to jest, że ona mimo przebytego udaru mózgu, pijąc i paląc cały czas się jakoś trzyma? Chyba jest coś prawdziwego w powiedzeniu, że złego licho nie bierze.

 

112

W ramach uzupełnienia poprzedniego wpisu należy dodać jeszcze to, że w piątek około 22:00 przyjechała policja. Po badaniu alkomatem okazało się, że matka miała 0,6 promila alkoholu we krwi. Więc pije. Pije jak ma pieniądze. Wyrok, odbyta kara, udar, kurator – to nie robi na niej wrażenia. Ale ja będę konsekwentny. Jako oskarżyciel posiłkowy w jeszcze jednej sprawie mam prawo wygłosić mowę końcową i wnieść o karę. Skorzystam ze swojego prawa w pełni.

Tak czy inaczej, 0,6 to za mało na izbę a za dużo na szpital psychiatryczny. Przyjechało pogotowie, matka dostała szprycę w dupę z hydroksyzyny i tyle.